IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Shmuel Katznelson

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Shmuel Katznelson
V rocznik



Czystość krwi : 50%
Liczba postów : 6

PisanieTemat: Shmuel Katznelson   Pią 5 Wrz - 19:12


Imię/Imiona: Shmuel Biran
Nazwisko: Katznelson
Czystość krwi: 50%
Data urodzenia: 02.03.1964
Drużyna: Uguns
Miejsce zamieszkania: brak stałego, urodził się w Belgradzie

OSOBOWOŚĆ

Shmuel, ty to jednak cwaniak jesteś. Jakbyś tyle czasu poświęcał na pracę zarobkową, co na kombinowanie, jak owej pracy uniknąć, to byś już mógł kroczyć dumnie belgradzkimi ulicami w diamentowym gajerku. Lubisz, gdy pieniążki brzęczą ci w kieszeni, ale w przeciwieństwie do stereotypowego przedstawiciela swojego narodu, nieprędkiś do wzięcia się za robotę. Ty to byś wolał leżeć na kanapie i czekać, aż forsa sama spłynie na ciebie z niebios, ale, na Boga, takie rzeczy to nawet w pięcioksięgu się nie zdarzały. Co innego trąd, trąd to można było dostać za darmo.
Mówią, że można na tobie postawić krzyżyk. Straceńcem jesteś dla nich w sensie duchowym, bo jak to ujął kiedyś zgrabnie rabin Chodorow – „poradzić, to sobie poradzi”. A za co, Shmuelu, taką cię reputacją pokarano? Chciałbyś powiedzieć: „czort jeden wie” i rozłożyć bezradnie ręce, ale przecież doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, jak się zachowujesz. A z ciebie, Shmuelu, jest naprawdę okropny dzieciak.
Dzieci i ryby głosu nie mają, a ty zawsze dużo mówiłeś. I im stawałeś się starszy, tym bardziej bezczelny. Pomyśleć, że kiedyś uchodziłeś za po prostu dowcipnego chłopca. Nie oszukujmy się, nawet gdybyś chciał postępować tak, by nikogo nie urazić przykrym komentarzem, chyba byś zwyczajnie nie potrafił. Granica między niewinnym żartem a ciosem poniżej pasa od dawna jest dla ciebie niewidoczna. Chłopcze drogi, ty już dawno pogubiłeś się w różnicach pomiędzy samym sobą a dość nietrafnym wizerunkiem, który sobie narzuciłeś. Nigdy nie miałeś być buntownikiem, ba, jeszcze dobrych kilka lat temu bałbyś się jak diabła tego, kim ostatecznie się stałeś.
Shmuel, marzysz jeszcze o tym, że zostaniesz pianistą? Kiedyś marzyłeś, choć teraz wydaje ci się to śmieszne, a nawet żałosne. Teraz wyobrażasz sobie siebie w wywrotowej kapeli, tylko ty, niewielka grupka ludzi, jakich do siebie bliżej dopuścisz, i wieczna trasa koncertowa. Tak chciałbyś żyć, z miasta do miasta, krzyczeć: „dobry wieczór, Belgrad!” i napawać się wrzaskiem tłumów. Jeść byle gdzie, mało spać, codziennie poznawać kogoś nowego.
Shmuel, ty to jednak głupi jesteś.
Jakbyś miał policzyć, ile razy wracałeś ze złamanym nosem do domu, tłukąc się z jakimiś podejrzanymi typami w sprawach słusznych lub mniej słusznych, chyba zabrakłoby ci liczb. I wiesz, co jest najgorsze? Że może i by to miało jakiś sens, gdybyś walczył w obronie własnych ideałów, w stu procentach przekonany, że robisz dobrze. Problem z tobą polega na tym, że rzucasz się w wir każdej możliwej bijatyki, szczerze ucieszony, że w ogóle masz taką możliwość. Bo ty, mały popierdoleńcu, uwielbiasz awantury. Wielkie, szare masy ścierające się ze sobą, gdzie już nawet nikt nie zwraca uwagi na to, kogo kopie, gryzie czy okłada pięściami.
Dla innych to może wydawać się dziwne, ale bardzo, bardzo nie chciałbyś kiedyś usłyszeć: „Shmuel, z ciebie to jednak dobry chłopak jest”. Wolisz być konsekwentny. Jak mają cię nienawidzić, to wszyscy i najmocniej, jak się da. Bo ty jednak nie bardzo rozumiesz ludzi z samym sobą włącznie. Do szewskiej pasji doprowadza cię świadomość, że ludzie, których kochasz, nawet nie przypuszczają, jak bardzo są dla ciebie ważni. A przecież dla tych najbliższych zrobiłbyś wszystko, nawet rzuciłbyś się z najwyższej wieży, jeśli w jakiś sposób by im to pomogło. I chyba wolałbyś umrzeć, niż zdradzić. Bo strasznie głupi jesteś, Shmuel, mimo że łeb to ty masz na karku.
Nic dziwnego, skoro od małego kombinujesz. Czasem musiałeś znaleźć sposób, jak przy praktycznie pustej lodówce wyżywić czwórkę młodszego rodzeństwa. Gotować to ty lubisz, prawda? To jedna z niewielu rzeczy, do jakich się naprawdę przykładasz.
I nigdy nikomu nie powiesz, że jesteś wegetarianinem, bo szkoda ci tych wszystkich prowadzonych na rzeź zwierzątek. To według ciebie byłoby śmieszne. Litość jest dla frajerów, jak zwykłeś mówić, ale przecież znajdujesz litość dla wielu ludzi i zwierząt. Chcesz czy nie, dużo jest w tobie współczucia, przez co strasznie cierpisz, Shmuel. Ile to się trzeba nagimnastykować, by jednocześnie uspokoić sumienie i nie nadszarpnąć swojego image’u. O ile by ci było łatwiej, gdybyś miał odwagę przyznać: tak, ja, Shmuel Katznelson, jestem frajerem.
Czasem tęsknisz do domu, mimo wszystko. Czasem czujesz się tak koszmarnie, jak sześciolatek zgubiony przez rodziców w wielkim mieście.
Żeby odsunąć od siebie poczucie beznadziei, jesteś gotów na wszystko. Uwielbiasz wszelkie okazje do zaszalenia, w końcu jesteś młody i chcesz się bawić. Uciekasz przed bezczynnością w różne rozrywki, ale większość z nich dość szybko zaczyna cię nudzić. Mało masz zainteresowań, które zatrzymałyby cię na dłużej.
Lubisz, gdy wszystko układa się po twojej myśli. I akceptujesz tylko miłe niespodzianki, te przykre bardzo szybko wytrącają cię z równowagi.
Co tu dużo mówić, jesteś jeszcze dzieckiem, Shmuel.

PREZENCJA

Shmuel Katznelson, młodzieniec, lat siedemnaście. Dosyć wysoki i szczudłowaty, o niespokojnym, palącym spojrzeniu. Fizjonomią niespecjalnie wyróżnia się spośród pozostałych Żydów – duży, garbaty nos i grube brwi osadzone nad ciemnymi oczami zdradzają jego semickie pochodzenie. Włosy niemal czarne, zazwyczaj splątane, nierzadko trochę przetłuszczone.
Swoimi ruchami sygnalizuje posiadanie neurotycznej natury. Każdy jego gest jest nagły, szybki, energiczny.
O ubiór nie dba, zresztą, nawet gdyby chciał zabłysnąć niezwykłym strojem, nie miałby jak. Wszystkie jego ciuchy są znoszone i przetarte, cerowane lub szyte tysiące razy, tak stare, że aż bliskie zyskania świadomości.
Trudno nazwać go przystojnym. Twarz ma zdecydowanie charakterystyczną, ale jednak zbyt dziką, by mogła być piękna.

GENEALOGIA

Krew nie woda, powtarzał ponoć często dziadek Mosze, czym zresztą często głęboko zadziwiał swoją rodzinę, jako iż jak świat światem, dla żadnego swojego familianta nie kiwnął nawet palcem. Fakt faktem, dla krewniaków znajdował zazwyczaj przychylniejsze spojrzenie i niektórzy nawet utrzymują, że raz podarował bandzie siostrzeńców, odwiedzających starego subiekta w jego sklepie, jedną landrynkę. Dzieciaki ssały cukierek na zmianę, szczerze wdzięczne z tego aktu łaski, żadne z nich jednak nie przetrwało zawieruch obu wojen światowych, więc ciężko stwierdzić, jak to z tym dziadkiem bywało.
W jednym drogi Mosze miał rację – pochodzenie Shmuela nieraz miało jeszcze wdawać mu się we znaki i w końcu młody Katznelson musiał sam przyznać, że jego dziedzictwo to dużo więcej niż samo nazwisko.
1.  Początki nędzy Katznelsonów
W roku 1910 Katznelsonowie byli poważaną, choć średnio zamożną rodziną czarodziejską. W rodzinnym mieście cieszyli się ogólną sympatią, mówiono nawet, że „jak na Żydów całkiem ludzcy”. W istocie, choć głowa rodziny, Mosze, stronił od wydawania pieniędzy i starał się o utrzymanie tradycji, jego żona, Esther, pragnęła uchodzić raczej za obywatelkę Austro-Węgier niż Żydówkę. Jako kobieta pełna wdzięku i urody błyszczała na salonach, sama też nadszarpywała fortunę małżonka na przyjmowanie gości. Od dzieciństwa wstydziła się swojej narodowej odmienności, zaczęła więc przebąkiwać coś o swoim czysto bośniackim pochodzeniu. Trudno powiedzieć, czy Mosze w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, co działo się w jego własnym domu – na pewno wiedział, że małżonka nie jest wobec niego posłuszna i że w jawny sposób hańbi tradycję, ale sprawy finansowe pochłaniały go bez przerwy. Sprawy handlowe spędzały mu sen z powiek – to niespodziewanie udało mu się zarobić małą fortunę, to nagle tracił setki koron na ponoć pewnym interesie. Ta niestabilność powodowała, że kwestię własnej rodziny spychał na drugi plan; obiecywał sobie, że gdy tylko ureguluje swoje finanse, pokaże żonie, gdzie jej miejsce.
W gruncie rzeczy Mosze umyślnie przekładał czas konfrontacji z Esther, a to dlatego, że tej dziwnej, złaknionej uznania kobiety zaczął się obawiać. Najmniejsze niepowodzenie podczas wydanego przyjęcia wpędzało ją w furię, własne faux pas, choćby niezauważone przez nikogo, odchorowywała tygodnia, płacząc co noc i nienawidząc się za nietakt, który w jej biednym, chorowitym umyśle oznaczał koniec kariery towarzyskiej. Mosze, na swój sposób kochający żonę, gotów był znieść jej kaprysy, byleby oszczędzić jej i sobie awantur w domu.
W październiku 1910 roku Esther była bliska rozwiązania, pierwsze dziecko Katznelsonów przyszło jednak na świat w zadziwiających, by nie powiedzieć, że przerażających okolicznościach. Ciężarna rozchorowała się – przez blisko dwa tygodnie gorączkowała, to popadając w nerwowe stany, to zapadając w niezdrowy sen. Zrozpaczony Mosze wezwał uzdrowicieli, ale żadna kuracja nie poprawiała jej stanu. Zaczęto go przyzwyczajać do myśli, że Esther zapewne umrze w połogu, a wraz z nią dziecko.
Na dwa dni przed porodem Esther jednak odzyskała przytomność. Gorączka minęła jak ręką odjął, a ona sama, choć wydawała się zdrowa, była jednak dziwnie nieobecna i zamyślona. Wkrótce powiła córkę, w asyście uzdrowicieli, obawiano się bowiem, że choroba matki zaszkodziła dziecku i zaraz po przyjściu na świat dziewczynka będzie potrzebować fachowej pomocy lekarskiej, w rodzinie Katznelsonów ponownie jednak zdarzyła się anomalia. Noworodek był silny i głośny, dopiero po kilku tygodniach okazało się, że ma niewielkiego zeza – mizernie jednak ten defekt wyglądał wobec perspektywy utraty żony i dziecka, przed którą stanął Mosze.
Mimo upływu lat Katznelson dalej nie znalazł innego sposobu pomocy małżonce, niż pozostawienie jej samej ze sobą. Małą Charnę wychowywała piastunka, Esther fakt istnienia córki namiętnie ignorowała. W towarzystwie twierdziła, że jest bezdzietna, a urodzenie dziewczynki przypisywała jednej ze służek. O córce nie mówiła zresztą inaczej niż „ta dziewucha”, a swojego męża coraz częściej przezywała „ojcem bękartów”. Swoim zachowaniem wprowadzała mieszkańców miejscowości w niemałą konsternację, ale nikt nie śmiał sprzeciwić się tej kobiecie o płonącym spojrzeniu. Esther oddała się całkowicie budowaniu swojej pozycji – opowiadała o sobie niestworzone historie, pozorowała na byłą gwiazdę opery, a widząc, że dzięki temu ludzie jej współczują, zaczęła snuć dramatyczne historie o tym, jak jej okrutny mąż co noc katuje ją za najmniejsze przewinienia. O tak, o Esther mówiono niemal bez przerwy i chociaż ona brała to za przejaw towarzyskiego sukcesu, w gruncie rzeczy traktowano ją jako nieszkodliwą, zabawną wariatkę. Jej gorączkowe, nerwowe zachowanie przyćmiło dawniejszy blask, z ruchów zniknęła naturalna swoboda, a zastąpiła ją dziwaczna sztywność.
Ostatecznie Esther zrozumiała swoją porażkę i ciężko to odchorowała. W gorączkowym półśnie przeżyła prawie miesiąc, ku przerażeniu Mosze, i tak jak przed rokiem, tajemnicze schorzenie opuściło jej ciało niemal z dnia na dzień. Wobec męża i córki zaczęła zachowywać się jeszcze nienawistniej, sprowadzała do domu podejrzanych ludzi, i nim biedny Katznelson się zorientował, jego własny salon stał się centrum operacyjnym jakiejś szemranej, separatystycznej bandy. Mosze nie był w stanie ocenić niebezpieczeństw, jakie mogły się za tym kryć. Podejrzewał – a raczej, miał nadzieję – że nowi przyjaciele jego żony to idealiści, mówiący głośno, ale niewiele działający w swojej sprawie.
W 1914 roku, po pobieżnym przejrzeniu porannej gazety, na ulicę – w samej bieliźnie – wybiegła biedna Esther Katznelson, krzycząc w nieludzkiej prawie euforii: „to ja zabiłam arcyksięcia Ferdynanda!”.
Mosze zaciągnął otępiałą kobietę do domu i zażądał wyjaśnień. Najwyraźniej wciąż wierzył, że ta chora kobieta wciąż potrafi myśleć w racjonalny sposób, ale gdy Esther zaprowadziła go do piwnicy, w pełni zrozumiał powagę sytuacji. Na podłodze, w dziwnym, magicznym kręgu, leżał martwy szczur, a Esther, z dziecięcym, naiwnym uśmiechem utrzymywała, że dzięki jej czarom arcyksięcia spotkała należyta kara.
Dalsze wypadki potoczyły się nadzwyczaj szybko. Kompromitacja rodziny Katznelson, wielka wojna, ewidentne szaleństwo Esther – wszystko to przyczyniło się do upadku biznesu Mosze. Całą familię zaczęto postrzegać jako przeciwną Austro-Węgrom, co doprowadziło do zerwania wielu znajomości dla Katznelsonów niezbędnych, a z drugiej strony naraziło ich na kontakty z osobami, z którymi Mosze w normalnych warunkach nie chciałby mieć do czynienia.
Pod koniec wojny rezerwy finansowe Katznelsonów wyczerpały się. Służba dawno została odesłana, a Mosze wraz z rodziną przeniósł się do niewielkiego pokoiku, wynajmowanego za psie pieniądze. Nawet ten tani lokal mocno nadszarpywał ich budżet i chociaż wielokrotnie doradzano głowie familii, by wysłał „tę wariatkę” do zakładu dla obłąkanych, on nie chciał nawet o tym słyszeć. Prosił tylko sąsiadki, by pilnowały Esther, gdyby ta chciała opuścić kamienicę, a sam pracował od rana do wieczora. Żył jakąś dziwną nadzieją na pokój – uroił sobie, że zakończenie konfliktu będzie oznaczało dla niego powrót do łaski. Że swoją ciężką pracą odkupi grzech zaniedbania wobec własnej żony i że odcięcie od szkodliwych znajomości pomoże jej wrócić do zdrowia.
Niestety, po kilku latach jedzenia rozcieńczonej zupy i gotowanych obierków po ziemniakach, Esther znowu zapadła w swój chorobliwy stan, z którego już się nie wybudziła. Przy jej śmierci obecna była tylko ośmioletnia wówczas Charna. Dziewczynka trzymała umierającą matkę za rękę, choć ta błagała, by odwleczono od niej to „kosmate diablę”. Esther wyzionęła ducha, przeklinając córkę za to, że się urodziła.
2. Podbój miasta Belgrad
Mosze nie miał siły na zwalczanie kolejnych plotek. Popadał w coraz większą apatię – zapewne skończyłby jak jeden z tych uliczników, którzy nawet nie proszą o pieniądze, a obojętnie wyczekują końca dnia, i obojętne są dla nich kwestie życia i śmierci. Tą, która trzymała go przy życiu, była mała Charna. W rodzinnej Bośni nazywano ją córką wariatki, prześmiewczo pytano, kiedy odpowie za morderstwo na arcyksięciu, które dokonała jej matka. I choć Bośniaków ogarnął euforyczny nastrój po zdobyciu niepodległości, Katznelsonowie pozostali w ich wyobrażeniach idealnym materiałem na kozła ofiarnego.
W 1919 roku Mosze sprzedał wszystko, co mu jeszcze pozostało, i wraz z córką wyjechał do Belgradu. Czuł, że podupada coraz bardziej na zdrowiu, stracił pracę i bał się o przyszłość Charny – wiedział, że w Serbii żyją dawni przyjaciele Esther i wierzył, że ze względu na nieboszczkę wspomogą finansowo biedną sierotkę. Został wyśmiany i odesłany precz.
Na powrót pieniędzy już nie miał, zamiast więc pędzić ubogi żywot w rodzinnym mieście, został zmuszony żyć biednie w miejscu zupełnie obcym. Charna z pokorą przyjęła wyznaczony jej los – dziewczynka dorastała szybko, już jako dziecko za marne grosze wykonywała u sąsiadek ciężkie prace domowe, a gdy tylko skończyła trzynaście lat, zatrudniła się w pralni. Gdy jej ojciec zmarł, pochlipała tylko wieczorem przed modlitwą, a nazajutrz dopełniła wszystkich formalności związanych z pogrzebem.
Wiodła dalej życie swojego ojca – nie wykazywała żadnej inicjatywy wobec spotykanych ją nieszczęść. Ta przeważnie obojętna kobieta jednak nagle popadała w histeryczne stany. Płakała i krzyczała, drapała twarz do krwi, by potem jak gdyby nigdy nic wrócić do swojej codziennej gehenny. Wobec czarodziejskiej mocy, którą odziedziczyła po rodzicach, wykazywała nienaturalną rezerwę. Nie wykazywała żadnej chęci uczenia się magii, wręcz przeciwnie, czarodzieje wydawali się ją wprost brzydzić. Większość czasu spędzała w synagodze, modląc się cicho i bełkotliwie. Świątynia była jedynym miejscem, gdy wydawała się zdrowsza – jej spojrzenie na nowo rozpalało się blaskiem, a na twarz wracały rumieńce.
Na początku 1939 roku Charna zakochała się wbrew sobie w czarodziejowi, zaszła w ciążę i przeżyła śmierć ukochanego, choć mężczyzna, przez którego została matką, zapewne żyje do dzisiaj. Wmówiła sobie, że został wcielony do wojska i zabity przez Niemców, choć tłumaczono jej, że tutaj, w Jugosławii, do wojny jest jeszcze daleko i że z Niemcami nikt z tutejszych się nie bije. Nie zważała na to, że przyjaciele jej kochanka utrzymują, że ten świetnie się bawi, prowadząc hulaszcze życie na prowincji. Jej Zoran zginął na wojnie.
Trzy lata później wojna jednak przyszła po Charnę. Oddała córkę do sierocińca, w którym ukrywano przed Niemcami kilka żydowskich dzieci, a sama, jak tysiące jej pobratymców, postanowiła przeczekać wojnę, korzystając z dobroci innych ludzi. Ukrywała się po piwnicach, choć nieskutecznie. Została złapana i wywieziona – udało jej się jednak przeżyć. Wróciła do Belgradu, odnalazła swoje dziecko i nigdy nie mówiła o tym, przez co przeszła.
Mała Meirit była dziwna. Przyzwyczajona do nędzy, marzyła poniekąd o luksusach, ale nie potrafiła sobie w żaden sposób wyobrazić, jak wygląda dostatnie życie, bez lamentowania nad każdą zgubioną monetą. W pewnym sensie czuła się za swoje pragnienie bogactwa winna i zaczęła znajdować w tym poczuciu winy ukojenie. Nie mogła się doczekać, aż razem z matką przyjdzie do synagogi. Zazwyczaj nie wchodziła do środka, padała na ziemię przed drzwiami i przepraszała w myślach za swoje przewinienia.
Meirit nauczyła się prowokować samą siebie do odczuwania wyrzutów sumienia. Świadomie dokonywała drobnych nieposłuszeństw, a potem oczekiwała kary. Im była starsza, tym dziwniejszą i bardziej perwersyjną rozkosz znajdowała w swojej podłości. Uwielbiała się poniżać, wystawiała się na różnego rodzaju nieprzyjemności, w myślach prosiła o kolejne awantury, o to, by znów ją obrażono, a ona mogła się w odpowiedzi ukorzyć.
Charna zaczęła nosić czarne suknie, przez co wyglądała na jeszcze bardziej anemiczną. Meirit ubierała się w stroje nieprzyzwoite.
Gdy miała dwadzieścia dwa lata, poznała Milana Leticę i od razu domyśliła się, że jest to człowiek podły, pozbawiony skrupułów i okrutny. Tego samego dnia poszła do niego i wyznała mu swoją dozgonną miłość.
Meirit uwielbiała Milana, bo był najwspanialszą formą kary za jej niegodne życie. Dniami ją bił, nocami kochał. Obrażał ją najgorszymi słowami, jakie tylko mógł znaleźć, wchodził do niewielkiego mieszkanka, w którym żyła Meirit, i na oczach jej biednej matki wynosił to, co nadawało się do sprzedania. A potem pił. Meirit czuła jakąś chorą euforię, gdy znajdowała się obok niego. Jakaż ona była podła, wstrętna, okropna, zadając się z tym bydlakiem Leticą! Ileż miała powodów, by klęczeć po synagogą, by wznosić ręce do nieba, lamentować, płakać!
Po dwóch latach okazało się, że jest w ciąży. Poszła o tym powiedzieć Milanowi i prosiła, by się z nią ożenił, tylko dlatego, że wiedziała, że on ją za to pobije. Leżąc bez ruchu na podłodze, błagała w myślach o poronienie. Chciała stracić to dziecko, by móc potem płakać i tęsknić za nim codziennie, i powtarzać sobie, jak podła i głupia była. Niestety, nie dane jej zostało zaznać tego cierpienia, bo Shmuel urodził się równo po dziewięciu miesiącach, w roku 1964. Meirit dalej biegała do Milana, a dzieckiem zajmowała się Charna, nie chcąc, by męczył ją płacz zaniedbanego chłopca.
Urodziła jeszcze czwórkę dzieci, w odstępach mniej więcej rocznych. Rachela wykazywała się zawsze największą przytomnością umysłu, mały Zerach wyrastał na aroganckiego młodzieńca, biedny Chaim zawsze wydawał się odrobinę chorowity, a najmniejsza Leah urodziła się upośledzona i nawet w wieku sześciu lat nie potrafiła dobrze mówić.
W takiej rodzinie przyszedł na świat Shmuel Katznelson.

HISTORIA POSTACI

Shmuel ledwie poznał swoją matkę. Widywał ją najwyżej godzinę dziennie, przez tę krótką chwilę wytchnienia, na którą pozwalała sobie pomiędzy uganianiem się za Milanem, a głośnym zawodzeniem pod synagogą. Mimo to nie można było powiedzieć, że między Meirit a jej dziećmi nie istniała żadna więź. Ten chorobliwy masochizm emocjonalny szedł w przypadku biednej kobiety z miłością do synów i córek. Z jednej strony boleśnie odczuwała ich niepowodzenia i cierpiała wraz z nimi, z drugiej zaś to cierpienie ekscytowało ją i nadawało sens jej życiu.
Wychowywany przez pogrążoną w apatii, religijną babcię, Shmuel poznał, jak wielką wartość ma cisza i spokój. Przez lata starał się sprawiać jak najmniej problemów, do takiej samej postawy przyuczając młodsze rodzeństwo.  
Meirit tymczasem ograbiała swą matkę z pieniędzy, tylko po to, by zaspokoić zachcianki Milana. Potem płakała, złorzecząc samej sobie, wyrodnej matce, przez którą dzieci chodzą głodne.
Raz Shmuel przyłapał matkę na modlitwie. Mówiła dziwnym, gorączkowym tonem, ubliżając sobie w najgorszych słowach.
– Przebacz mi, bo jestem nieszczęśliwa – szeptała, a gdy zauważyła syna, uśmiechnęła się niezdrowo. – Czuję go tylko wtedy, gdy mi przebacza.
Shmuel zapamiętał ze słowa na zawsze. To wspomnienie wywoływało w nim bliżej nieokreślony lęk. Zaczął też pielęgnować w sobie strach o matkę; nagle wydała mu się krucha i podatna na wszelkie złe wpływy, litość i odraza mieszały się ze sobą, gdy na nią patrzał.
Odkrycie własnej, czarodziejskiej mocy było dla niego szczerym zaskoczeniem. Chociaż zarówno Meirit, jak i Charna, były czarownicami, żadna z nich nie przywiązywała do swoich talentów szczególnej uwagi. W przypadku Meirit jej zdolności objawiły się w niezwykle łagodny sposób, tymczasem magia w Shmuelu obudziła się gwałtownie i destrukcyjnie. Charna nawet nie próbowała uspokajać chłopca, gdy po raz kolejny coś przypadkowo niszczył, Meirit zaś płakała i oskarżała się o nieszczęście syna.
Tymczasem w Milanie powoli zachodziła jakaś niepokojąca zmiana. Stał się jeszcze bardziej agresywny wobec Meirit, zaczął jednak szukać kontaktu z dziećmi, co nigdy wcześniej nawet nie przyszło mu do głowy.
– No chodźcie, moje Żydki – zwracał się do nich z mieszanką czułości i lekceważenia. – Coś wam pokażę.
Pozwalał im wychylić z karafki, o ile coś zostało na dnie. Nie lubił pokazywać się z dziećmi w towarzystwie, zapraszał je więc głównie po zmroku.
Dla Shmuela ta sytuacja wydawała się wprost nieznośna. Widok posiniaczonej, bełkoczącej coś niezrozumiale Meirit tak bardzo kontrastował z nagle przyjaznym wobec nich ojcem. Skończyło się to wypowiedzeniem swoistej wojny – Shmuel pragnął pięściami odpowiedzieć za cierpienia matki, a Milan nie pozwalał się bezkarnie okładać. Obaj walczyli zaciekle jak dzikie bestie, i pomimo ewidentnej przewagi ojca, młody Katznelson nie przestawał bić, nawet wtedy, gdy ledwo widział na oczy, a usta miał pełne krwi.
Odtąd codziennie powtarzał się ten przedziwny schemat. Jednego dnia w mieszkaniu Milana Leticy wybuchał krwawy konflikt, a następnego poobijany Shmuel przychodził do ojca, by razem grać w karty i podpijać leticowe zapasy rakiji.
Pomimo negatywnego nastawienia matki i babki, Shmuel nie potrafił wyrzec się magii. Nawet nie próbował pytać o pomoc w zrozumieniu jej najbliższej rodziny - domyślał się, że spowodowałoby to u Meirit kolejny atak płaczu, a Charnę jeszcze bardziej wycofałoby w głąb siebie. Zapewne przez kolejne lata błądziłby po omacku, gdyby nie poznał pewnego chłopca, również w przodkach posiadającego czarodziejów. To właśnie dzięki niemu Shmuel poznał dzielnice magicznego Belgradu i ta swoista inicjacja do społeczeństwa pełnego czarów i dziwów stała się również początkiem długoletniej przyjaźni.
W 1975 roku Shmuel ostatecznie podjął decyzję o wyrwaniu się spod wpływów rodziny. Odjął z zardzewiałej puszki, w której Charna trzymała pieniądze, tyle, ile potrzebował na bilet. I wraz z Rachelą poszedł na dworzec.
– Jedziesz? – zapytał, trochę tym zaniepokojony. Kochał rodzeństwo, ale miał niejasne przeczucie, że jeśli nie odetnie się od rodziny, zostanie zgubiony. I oszaleje, jak każdy inny familiant.
– Zostaję z dzieciakami – odparła krótko, a widząc nerwowe spojrzenie brata, wyciągnęła z plecaka butelkę. – Napijemy się?
Do pociągu wszedł pijany. I w głowie wciąż huczał mu wygłoszony toast.
– Za Katznelsonówny – powiedziała Rachela, tonem który pewnie podsłuchała u matki. – Nieszczęśliwe kobiety.
– Za Katznelsonów – zawtórował Shmuel. – Przegranych mężczyzn.
Po ponad sześćdziesięciu latach w końcu ktoś słusznie podsumował istotę tej specyficznej rodziny.
Shmuel jednak nie podróżował całkiem sam. Za jedynego kompana miał swojego przyjaciela, młodego Serba.
Mogłoby się wydawać, że ta dwójka jest równie daleka dostania się do prestiżowego Durmstrangu, ale jak się okazało, szczęście się do nich uśmiechnęło. W końcu Shmuel, raz zafascynowany magią, nie potrafił się od niej w pełni uwolnić. Nauczył się, że prócz jasnych i wielkich ulic, gdzie sprzedawane są książki, kociołki i różdżki, można też znaleźć ciemne zakamarki, cudowne miejsca, gdzie można kupić lewą różdżkę czy zwój z nietestowanymi przez nikogo zaklęciami. I właśnie tę drogę rozwoju w swojej magicznej edukacji obrał Shmuel Katznelson, nie z racji zainteresowania czarną magią sensu stricte, tylko dlatego, że był to dla niego jedyny sposób, by wciąż trwać jako część czarodziejskiego świata. Trzeba przyznać, że uczył się starannie, choć nie zawsze wszystko wychodziło mu za pierwszym razem. Czasem dochodziło do niebezpiecznych wypadków, z których zresztą zazwyczaj nie wychodził cało.
Pewnie żyłby tak dalej, przeistaczając się w końcu w drobnego przestępcę, gdyby nie pewno brzemienne w skutkach zdarzenie. W Petersburgu założył się z jednym Rosjaninem, że pokona go w uczciwej walce – i trudno powiedzieć, czy użycie średnio legalnych zaklęć kwalifikuje się jako „uczciwe” zachowanie, ale grunt, że Shmuel zwyciężył. Spodziewał się tylko nagrody finansowej, ale skończyło się lepiej, niż mógłby przypuszczać. Otóż jeden z gapiów okazał się być nauczycielem Durmstrangu – młody Katznelson może nie tyle mu zaimponował, co go zaciekawił. Profesor obiecał wstawiennictwo u dyrekcji w sprawie przyjęcia Shmuela do szkoły, a Shmuel nie zamierzał rezygnować z tej szansy.
I kiedy wraz z przyjacielem spacerował Newskim Prospektem, na pytanie: „i co zrobisz, gdy skończysz szkołę?”, odpowiedział spokojnie:
– Wyleczę im wszystkim głowy.

STATYSTYKI

  • A)  Obowiązkowe
    > Zaklęcia  i uroki - 50/100
    > Czarna  Magia - 65/100
    > Obrona przed czarną magią - 50/100
    > Ziołolecznictwo - 10/100
    > Eliksiry - 25/100
    > Transmutacja - 20/100
    > Sprawność  fizyczna - 60/100
    > Historia Magii - 5/100

  • B)  Dodatkowe
    > Numerologia - 5/100
    > Starożytne runy - 0/100
    > Astronomia - 0/100
    > Opieka nad magicznymi stworzeniami - 0/100
    > Oklumencja - 0/100
    > Leglimencja - 0/100
    > Quidditch  - 10/100
    > Znajomość  zamku  - 0/100
    > Genetyka - 0/100


Wybrany wizerunek: Gryphon O’Shea
Powrót do góry Go down
Laima S. Frīdenbergs
Moderator
V klasa



Czystość krwi : krystaliczna
Liczba postów : 57

PisanieTemat: Re: Shmuel Katznelson   Pią 5 Wrz - 21:03



+ 10 pkt aktywności za przepiękną kartę postaci

__________________________________


Life is a game, but it's no fair. I break all the rules, so I don't care.
Powrót do góry Go down
 

Shmuel Katznelson

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Instytut Durmstrang :: Karty Postaci-